Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Michał pisze. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Michał pisze. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 20 lutego 2012

Po dniu skupienia


Pokój pełen dzieci oraz obecni, choć niereagujący aktywnie, rodzice. Dzieci bawią się w najlepsze, poziom hałasu wzrasta. Szum niesamowity do czasu pierwszych konfliktów. Krzyki i płacze powodują, że część dzieci cichnie, biegnie do rodziców. Decybele zmieniają trochę charakter, dobiegają z kilku źródeł i służą głównie poinformowaniu całego świata o bólu, cierpieniu i niesprawiedliwości. Ostatecznie wszystkie dzieci lądują w objęciach rodziców, co powoduje nastanie ciszy.

Adoracja. On przede mną w Najświętszym Sakramencie. Tak trudno mi wyciszyć wnętrze. Szum „świata”: myśli niedokończone, problemy nierozwiązane, audycja słuchana jakiś czas temu w radio, dziecko dokazujące w kaplicy itp., itd. Szum i jeszcze raz szum myśli w głowie. A On przede mną. Jego Miłość promieniuje na mnie. W końcu udaje mi się trochę wyciszyć i wspomniane „hałasy” zostają zastąpione tym, co głębiej w sercu: bóle nieuleczone, rany niezagojone, zranienia, niezrozumienia. Ogólne cierpienie. 
A On stale przede mną. Czas powoli upływa. I w końcu już niczego nie ma pomiędzy nami. On i ja. I Cisza.
Jak to dobrze, że choć będąc dorosłym, są ramiona, w które mogę wtulić się jak dziecko. I spotkać się z Nim. W Ciszy. Ciszy Miłości. 

P.S.
I jak to dobrze, że są dni skupienia 

poniedziałek, 13 lutego 2012

"Ewangelia to jest droga pięknego życia człowieka albo też droga trudnego piękna życia ludzkiego"*
Natrafiłem przez przypadek w jednej z książek. Proste wyrażenie tak skomplikowanej rzeczywistości. Poruszyło mnie bardzo. Jakikolwiek komentarz uważam za zbyteczny.


 *bł.  Jan Paweł II

czwartek, 9 lutego 2012

Kairos i Chronos cd.

Muszę  się przyznać, że temat czasu ciągle we mnie pracuje. Co to znaczy: zatopić się w „Bożym czasie zbawienia” nie tracąc jednocześnie kontaktu z „tu i teraz”? No bo przecież w tym „tu i teraz” właśnie zechciał mnie Bóg. Odkryłem w sobie, że zbyt antagonizuję, czy też polaryzuję oba „czasy”. Bo oba powinny być równie ważne. Nie doświadczę właściwie Bożego Kairos, jeśli odpowiednio nie przeżyję ziemskiego Chronos. Podleganie czasowi ziemskiemu nie jest koniecznością, na którą muszę się zgodzić. To łaska. To jedyna możliwość wejścia w Boży czas zbawienia. Nie będzie między nimi napięcia, jeśli czas ziemski zostanie poddany Bożemu. To, co przeżywam teraz ma mnie wprowadzać powoli w wieczne Boże TERAZ.

Czas nigdy nie będzie mój, bo nie można go posiąść. Nie mam już wpływu na to, co było. To, co będzie jest niewiadome. Jest tylko TERAZ, w którym mogę doświadczyć Jego, Pana czasu.

I jest tylko teraz, by powiedzieć komuś „kocham”. Jeśli słowa tego zabrakło wczoraj - uzupełnić już się go nie da, a jutro? Kto z nas jest w stanie zapewnić, że na pewno będzie jutro?

czwartek, 26 stycznia 2012

Kairos i chronos.

Trochę się przeraziłem. Ostatni wpis już tak dawno temu. Tyle czasu minęło. I nie to, żebym nie miał o czym napisać. O nie. Tyle razy w sercu pojawiała się myśl, którą tak bardzo chciałem się podzielić. Więc czemu nie pisałem?  Niestety muszę napisać te lapidarne, przyziemne „nie miałem czasu”. Bo to i koniec roku, i początek, więc mnogość spraw w życiu prywatnym. Prowadzenie firmy także ma swoje prawa w tym okresie. Remament trzeba zrobić, cała lista urzędów oczekuje na jakieś raporty. I tak dzień nie dogania dnia. Ciągły brak czasu, tego „chronos” - ziemskiego czasu. Wydaje mi się,  jakby on się mną w ogóle nie przejmował. Pędzi do przodu nie oglądając się za siebie. Jeśli tylko uda mi się go choć trochę dogonić, to mam wrażenie, że specjalnie znowu przyspiesza. Przyznaję, że bardzo mnie to frustruje.

Usiadłem dzisiaj do klawiatury, ponieważ uświadomiłem sobie, że przecież jest jeszcze inny czas - kairos. „Wieczne teraz” -  czas działania Boga. Czas, w którym także uczestniczę. Uzmysłowiłem sobie, że ten czas jest skrajnie inny. Płynie spokojnie, przez Boga nadanym rytmem. Wydaje się być bardzo cierpliwy, często jest nawet w stanie na mnie poczekać. I jeden i drugi czas dane mi jest przeżyć. Lecz który jest dla mnie ważniejszy? Choć chronos, odmierzany naszym ziemskim rytmem, jest ważny, to pragnę, by najważniejszy był dla mnie kairos . Bym zanurzył się w nim całkowicie i choć   trochę uniósł ponad pędzący chronos. Oczywiście nie tracąc kontaktu z ziemią  :)

Czego i czytelnikowi życzę, tak noworocznie, bo to przecież pierwszy mój wpis w tym roku.

sobota, 3 grudnia 2011

„Miłuję” czy „posiadam”?

Nie wiedzieć czemu, doświadczenia ostatnich dni kręcą się wokół jednego tematu: wolności. Wspólne oglądanie filmu z dzieciakami ("Mój przyjaciel lis"), które z założenia miało być po prostu miło spędzonym popołudniem, skończyło się dla mnie całkiem głębokimi przemyśleniami. Film wyglądający z początku na przyrodniczy z elementami fabuły, okazał się dobrą lekcją dla dzieci, ukazującą czym jest, a może bardziej: czym nie jest miłość. Wypowiadane przez główną bohaterkę pod koniec filmu stwierdzenie „kochać to nie znaczy: posiadać” wydaje się zwieńczać i puentować całą przedstawioną historię.


Tytułowy lis, zachowując wolność, pozwalał stopniowo zbliżać się do siebie pewnej dziewczynce. Szczęście trwało jednak dopóty, dopóki owa wolność była przez nią szanowana. Dziewczynka postanowiła coraz bardziej podporządkowywać sobie zwierzę, a to doprowadziło do tragedii. Na szczęście historia ma swój happy end. Lisek odzyskał wolność, a bohaterka, już jako matka, mogła swemu synkowi przekazać tę tak fundamentalną prawdę, wyrażoną w przytoczonej sentencji.

I tak przygoda małego liska uświadomiła mi, jak łatwo, czasem nawet nieświadomie, jesteśmy skłonni zawłaszczyć sobie ukochaną osobę, traktować ją jako środek do zaspokojenia własnych potrzeb i osiągnięcia zamierzonych przez siebie celów. Jak ustrzec się tej pułapki? Ja widzę tylko jedną drogę: brak ślepego zapatrzenia we własną relację z ukochaną osobą, a nieustanne odnoszenie tejże relacji do jej Źródła - do Tego, który uczy, czym jest miłość. Nie tylko uczy- sam to ukazał swym życiem, bo jest Miłością.

P.S.

Zachęcam do obejrzenia filmu - z dziećmi.

Michał G.

środa, 30 listopada 2011

„Nie mogę bez ciebie żyć” czy raczej: „chcę żyć z tobą”?

Na ostatnim spotkaniu kursu dla narzeczonych, na którym przedstawialiśmy z Basią problematykę odpowiedzialnego rodzicielstwa, pewna narzeczona, odwołując się do wcześniejszej jakiejś dyskusji odniosła się w swoim świadectwie do stwierdzenia: „nie mogę bez ciebie żyć”. Zdanie to wydało się jej infantylne, takie na poziomie gimnazjalnego zakochania. Ona bowiem, będąc w siedmiomiesięcznej rozłące z narzeczonym, przekonała się o dwóch sprawach. Po pierwsze doświadczyła, że potrafi, że MOŻE żyć bez swego ukochanego i realizować siebie, a po drugie (i dla niej najważniejsze) uświadomiła sobie, że ona NIE CHCE żyć bez niego. Dojrzałość stwierdzenia poruszyła mnie do głębi. Przypomniały mi się wszystkie momenty wyborów własnych i nie-własnych, do których byłem w jakiś sposób zapraszany czy dopuszczany. Uświadomiłem sobie, jak kluczowym jest poziom, z którego się wychodzi deklarując swą miłość.

„Kocham cię tak, że nie mogę bez ciebie żyć” - choć wydaje się nam to stwierdzenie całkiem normalne, wręcz potwierdzające wielkość oznajmianej miłości, czyż nie zawiera ono w sobie pewnej rysy, niedoskonałości? No bo co pozostaje osobie, która słyszy takowe deklaracje? Odrzucenie miłości nie wchodzi w rachubę, bo mogłoby to grozić niezłą katastrofą. On/ona nie potrafi przecież żyć beze mnie! Można się tu doszukać elementu przymusu. Może takie stwierdzenie również karmić pychę: jestem taki ważny dla kogoś, że poza mną nie wyobraża on/ona sobie własnego życia! 

„Kocham cię i dlatego chcę żyć z tobą” (bez podtekstu, że bez ciebie nie potrafię) zawiera w sobie postawę wolności. Chcę cię zaprosić na swoją drogę życia. Chcę się podzielić moim celem, do którego zmierzam i chcę go osiągnąć z tobą, bo cię kocham. Ba, jestem gotowy zrezygnować z własnych założonych celów, mając na względzie twoje dobro, twoje szczęście. Zaznaczam, że rozważamy temat na poziomie celów godziwych, godnych osoby ludzkiej. Postawa taka, wypływająca z całkowitej wolności, w żaden sposób nie przymusza, nie wywiera ukrytego nacisku, szantażu, lecz ma nadzieję na odpowiedź drugiej strony - także powziętej w wolności. I tak obie osoby mogą wybrać i ciągle na nowo wybierać siebie nawzajem oraz dobro wspólne, które będzie ich scalać, a jednocześnie mogą potwierdzać deklarację: kocham cię dla ciebie samego. Kocham cię i dlatego pragnę żyć z tobą. Pragnę także, by owocem tej miłości było twoje w pełni wolne pragnienie trwania przy mnie.

Nieosiągalny ideał, nic nie znacząca gra słów czy coś, co wcielam w życie?

Michał G.

niedziela, 13 listopada 2011

męski punkt widzenia

Jestem ogromnie wdzięczna Michałowi Godźkowi za interaktywne włączenie się w blogopisanie i przesłanie tekstu, który załączam poniżej:


Tak chodzę i myślę nad tym męskim i żeńskim spojrzeniem na bycie małym, „zdawaniu się” na Boga. W obu tych spojrzeniach odnajduję, a jakże, piękno w odmiennym przeżywaniu tej samej rzeczywistości. Może można by się doszukać związku z tematem „szacunek i akceptacja odmienności”? To kobiece bycie małym (pokorne zdawanie się na Jego wolę, gdzieś w piątym, nie zawsze widocznym szeregu ciche wykonywanie swego zadania) może w oczach mężczyzny wydawać się takim trudnym do zrozumienia „znikaniem”. A tu świat przecież czeka, wzywa do walki. Trzeba podjąć się tylu trudnych, czasem trwożących zadań. Trzeba się „zmęczyć, stoczyć walkę, zabić smoka”. Trzeba DZIAŁAĆ. Tylko że ja w tym zniknięciu dostrzegam ów geniusz kobiety. Tam, w tym piątym, dziesiątym, czy ostatnim szeregu, pokornie spełniając Jego wolę, zdana na łaskę Jego pomocy potrafi tyle zdziałać. Zaczynając oczywiście od siebie, potrafi zmienić serce mężczyzny, z którym kroczy przez życie, zmienia serca dzieci, które dane są w jej ręce, by je ukształtowała. Potrafi wpłynąć na tak wiele osób, które codziennie spotyka. I w ten sposób ZMIENIA ŚWIAT.



Jako mężczyzna lubię się zmęczyć, zadziałać, stoczyć walkę. Zrozumiałem jednak, że pierwszym polem bitwy jest moje własne serce. Zanim ruszę w świat, muszę stoczyć walkę z własnymi „smokami” mojej grzeszności, moich słabości. Zauważyłem, że często „smoki światowe” z którymi tak chciałbym walczyć, jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności są spokrewnione, czy może też dobrze się znają z tymi moimi. I jeśli nie podjąłem walki z własnym, przegrywałem zawsze z tym „ze świata”. W ten sposób Pan pozwala uzyskać sprawności, „zdobyć ostrogi”, by lepiej przygotowanym godnie stawać do walk, które przynosi codzienny świat. I tak ja jako mężczyzna też muszę najpierw „zniknąć”- podjąć działania, których nie widać, by móc potem znów się pojawić i walcząc ZMIENIAĆ ŚWIAT.



Łącząc obie postawy dochodzimy do tego, że kobieta może po cichu, nazwijmy to „z tyłu” przeciwstawiać się temu samemu złu, z którym mężczyzna - nazwijmy to „z przodu” toczy walkę, zdobywając potrzebne ku temu umiejętności na własnym poligonie.



A czyż zaatakowanie nieprzyjaciela z obydwu stron nie wydaje się dobrą taktyką ku zwycięstwu?